Valparaiso to największe miasto portowe na zachodnim wybrzeżu Ameryki Płd. Wydaje się jednak, że czasy świetności ma już za sobą. Teraz jest już mocno przykurzone, a tylko niektóre budynki, czy place przypominają o jego niegdysiejszej potędze. Niewiele z nich się zachowało, bo miasto kilkakrotnie ucierpiało podczas trzęsień ziemi. Teraz robi, naszym zdaniem, raczej przygnębiające wrażenie. Być może sporą rolę w odbiorze miasta odegrała pogoda, która tym razem była kiepska - zimno i pochmurno, a drugiego dnia jeszcze mzawka i mgla. (Swoją drogą, dopiero gdy nadszedł pierwszy od bardzo dawna dzień bez słońca, uświadomilismy sobie, że do tej pory mieliśmy niezłego farta z pogoda. Ciekawe jak będzie dalej.)
Możemy sobie wyobrazić, że latem miasto bardziej tetni życiem, a słońce dodaje uroku jego wizytówce, czyli wzgorzom pokrytym morzem kolorowych domków. Warto wjechać na któreś z nich jedną z licznych kolejek torowych. Najpierw jednak dobrze się upewnić, która okolica jest bezpieczna (my dwukrotnie pokonaliśmy strome schody na marne, bo spotkane na górze osoby kazały nam czym prędzej zawracać, mówiąc, że to niebezpieczne rejony).
W końcu trafilismy na właściwe miejsce. Dzielnica Concepcion składa się z podobnych ruder jak poprzednie, ale po jakości graffiti i ilości hosteli i kawiarni można się zorientować, że to już inny świat. To zabawne, że rozpadające się domy, potraktowane kolorową farbą przyciągają turystów z całego świata. Faktycznie coś w tym jest, bo i nam się podobało. Może jest to jakiś pomysł na najbardziej zaniedbane dzielnice polskich miast?...
Choć na plaży zamiast ludzi spotkaliśmy lwy morskie, to Valparaiso będziemy wspominać bardzo dobrze. Przyczyniła się do tego hostelowa kuchnia, w której z naszymi wspollokatorami spedzilismy miły wieczór, popijając chilijskie wino.
te wystajace punkciki to lwy morskie



















0 comments:
Post a Comment